Untitled Document
30ton

Który to raz z rzędu zaczynam recenzję zdaniem typu: jakie Ci Amerykanie mają szczęście, że co chwila pojawia się u nich formacja, która potrafi nieźle zamieszać w rockowym światku... Ale może zamiast użalania się zamieszczę kilka konkretów o płycie. Linkin Park, jak na nowopowstały amerykański rockowy band przystało, grają ostro, mieszając w to umiejętnie wpływy z rapu i hip-hopu. Już pierwsze nagranie pokazuje nam, że na Linkin Park powinniśmy zwrócić nieco baczniejszą uwagę. Rzeczony "Papercut" to zresztą typ na największy przebój z tego krążka, który (poza małymi wyjątkami) zawiera niezwykle udane kompozycje. Oczywiście nie można nie oprzeć się wrażeniu, że Linkin Park ulega wpływom takich potentatów jak Limp Bizkit czy Korn, ale bez obaw - jeśli lubicie ostre granie, Linkin powinno się Wam także spodobać. Zespół zachowuje bowiem dość sporą dawkę oryginalności.

Onet.pl

Patent, który obrała sobie grupa Linkin Park by osiągnąć dobrą sprzedaż debiutanckiej płyty "Hybrid Theory", jest bardzo prosty. To połączenie żywiołowego hard core'a spod znaku kapel Deftones i Korn z "elektroniką" a la zespół Nine Inch Nails oraz hip-hopowymi ozdobnikami, które zapewnia - włączona do "klasycznie" rockowego składu - para: MC + DJ. Niby nic nowego...


Metal Hammer

Tego, co prezentuje kalifornijski kwintet Linkin Park na płycie "Hybrid Theory", metalem z pewnością nie odważyłbym się nazwać... Co najwyżej, na upartego, można doszukać się w twórczości bandu pewnych naleciałości grunge'u. Czasem chłopaki wyskoczą z ostrzejszą gitarą i fragmentem nieco wścieklejszego wokalu, jednak generalnie muzyka kapeli przepełniona jest łagodną, delikatniutką melodią. I to melodią całkiem dla ucha przyjemną.

Dziwi mnie tylko, że te naprawdę niebanalne linie melodyczne uzyskane zostały przy pomocy niezliczonej liczny samplerów, syntezatorów i tym podobnego "świństwa". Naprawdę, nie wiedziałem, że z całej tej maszynerii można wycisnąć coś podobnego. Niewątpliwie do powodzenia albumu dość znacznie przysłużył się aksamitny głosik jednego z dwóch rezydujących w zespole wokalistów. Nigdy bym się po sobie tego nie spodziewał, ale choć jest to muzyka elektroniczna, naprawdę da się jej słuchać.


Machina

Industrialni rap-metalowcy, którzy wkrótce będą sławni.

W poczekalni w Europie, a w Stanach, skąd pochodzą, już na topie. Linkin Park mają komercyjny potencjał godny Korna lub Limp Bizkit - jeszcze nie zmanierowani jak tamte gwiazdy, ale chwilowo również bez takiego charakteru. I to jedyne, co można im zarzucić, bo kapitalne, melodyjne utwory wyśpiewywane na zmianę przez wokalistę i rapera do wtóru ciężkich riffów i skreczy dj-a, są kwintesencją tego, co podoba się młodym ludziom w wieku buntu.


Rockmetal.pl

Ostatnią moją zdobyczą na muzycznym polu bitwy jest album kalifornijskiej grupy Linkin Park. Co tu pisać? Grupa łączy w swojej muzyce inspiracje Kornem, P.O.D, Limp Bizkid i Deftones. Taka mieszanka wybuchowa znalazła się na krążku "Hybrid Theory". A wynik tego zamieszania muzycznego?

"Papecut" - pierwszy utwór na krążku doświadczył mnie ciężkim brzmieniem. W większości piosenka zdominowana jest przez klimaty hiphopowe. Naprawdę ciekawą sprawą jest obecność aż dwóch wokalistów, z których jeden z całych sił stara się być Jonathanem Davisem, a drugi Zackiem de la Rocha. Fantastyczny, żywiołowy numer z niespodziankami. Bardzo dobry początek krążka.

Drugi kawałek - "One Step Closer" - jest na pewno znany widzom MTV i Vivy Zwei. Wspaniały riff i niezły wokal. Klip do tego utworu - ze smutkiem stwierdzam, że jest nazbyt kiczowaty... Kawałek porywający, oszałamiający i nie wiem jak jeszcze go określić...

"With You" jest bezapelacyjnie najbardziej dojrzałym utworem na płycie. Świetna melodyka, powalający wokal, bardzo pasujące wyrapowane wstawki i niestamowity tekst. Nic dodać i nic ująć...

Słabszy numer z dobrym wokalem - "Points Of Authority". Nie podoba mi się wykonanie instrumentalne kawałka, trochę zbyt dużo zerżnięte z muzy Korna. No i... trochę zbyt dużo hip-hopu.

"Crawling" jest spokojniejszy. Niesamowite są przejścia w śpiewie - z grzecznego wokalu aż do wrzasku. Troszkę wzruszający tekst i muzyka. Perełka na krążku... po prostu.

Kolejny kawałek, "Runaway", jest agresywny i drapieżny. Chester w każdym dogodnym momencie wydziera się ile się da, a kiedy krzyczeć się nie da - pięknie śpiewa (w niektórych momentach musiałam się powstrzymywać, by nie wybuchnąć śmiechem - drugi Ville Valo?). Udany utwór z trochę przesłodzonym wokalem...

I od tego momentu wszystko zaczyna się psuć... "By Myself" jako pierwsze pokazuje, że Linkin Park zbyt mocno ociera się o granice między hiphopcorem a czystym hiphopem czy funkiem. Jakby to powiedzieć? Częściej słuchać Mike'a niż Chestera, dzięki czemu (a może "przez co"?) byłam skazana na wysłuchiwanie niezłego rapu. Jestem za, a nawet przeciw...

"In The End" jest kolejnym utworkiem, w którym mocny rap zagłusza śpiew głównego wokalisty. Na szczęście dla wszystkich stworzeń, refren wychodzi w zgranym duecie i piosenka jest naprawdę znośna, a nawet bardzo znośna.

Kolejny numer - "A Place For My Head" - zaczyna się "blindopodobnie". Znów słychać przesadzone dawki hip-hopu, pomiędzy którymi produkuje się Chester. Brzmi to naprawdę oryginalnie. Późniejsza wstawka jest praktycznie identyczna do tej z "Clown" Korna. Taki sobie średni kawałek.

"Forgotten" to wielka parada komiczna. Chester rapuje i jego głos dziwnym trafem jest identyczny jak wokal Zacka (eks-głos Rage Aganist The Machine). Śmiesznie to brzmi i oprócz darcia się w środku piosenki nic ciekawego nie usłyszałam.

"Crue For The Itch" to popis skreczowania i miksów hiphopowych z różnymi instrumentami w tle. Słucha się z przyjemnością, bo to wszystko jest bardzo dobrze zagrane.

W ostatnim numerze, "Pushing Me Away", znów usłyszałam wokal Chestera i... radości mej końca nie było. Na szczęście nie musiałam patrzeć na drugą część albumu całkiem nieżyczliwym okiem. Styl utworu nie odbiega od klimatu pierwszych piosenek. Świetne zakończenie płyty.

Linkin Park czeka wspaniała przyszłość, pod warunkiem, że nie skomercjalizują się do końca. Płyta twórcza, niesamowita, świeża, kreatywna, nieludzka... epitetów tu jest nieskończenie wiele. Nie dam najwyższej oceny, bo usterki jednak są, ale śmiem twierdzić, że album jest tak dobry jak debiutancki krążek Korna, a choćby "One Step Closer" nie odbiega kunsztem od samego "Freak On A Leash". Profanacja starej muzyki hip-hopcore? Nie sądzę - czas ustąpić pola młodszym.

Napiszę krótko, bo rozpisywać się w tym wypadku nie warto - lekarze twierdzą, że gdy zapalisz pierwszy raz papierosa, to już jesteś uzależniony. A ja napiszę tak: jeśli włączysz "Hybrid Theory" po raz pierwszy, to nie dość, że zakochasz się w tej muzyce, to jeszcze nigdy, przenigdy jej nie będziesz chciał wyłączyć...

Naprawdę polecam.

autor: Mary SAy