Polonista - czas na lektury Ignacy Krasicki - Monachomachia
Ignacy Krasicki - "Monachomachia"

PIE¦Ñ I
PIE¦Ñ II
PIE¦Ñ III
PIE¦Ñ IV
PIE¦Ñ V
PIE¦Ñ VI

PIE¦Ñ I

Nie wszystko z³oto, co siê ¶wieci z góry,
Ani ten ¶mia³y, co siê zwierzchnie sro¿y;
Zewnêtrzna postaæ nie czyni natury,
Serce, nie odzie¿, o¶miela lub trwo¿y.
Dzier¿y³a miejsca szyszaków kaptury-
Nieraz rycerzem bywa³ s³uga bo¿y.
Wkrada siê zjad³o¶ i w k±ty spokojne,
Tak± ja ¶piewaæ przedsiêwzi±³em wojnê.

Wojnê domow± ¶piewam wiêc i g³oszê,
Wojnê okrutn±, bez broni, bez miecza,
Rycerzów bosych i nagich po trosze
Same ich tylko mêstwo ubezpiecza:
Wojnê mnichowsk±... Nie ¶miejcie siê, proszê
Godna lito¶ci u³omno¶æ cz³owiecza.
¦miejcie siê wreszcie, mimo wasze ¶miéchy
Przecie¿ ja powiem, co robi³y mnichy.

W mie¶cie, którego nazwiska nie powiem,
Nic to albowiem do rzeczy nie przyda;
W mie¶cie, poniewa¿ zbiór pustek tak zowiem,
W godnym siedlisku i ch³opa, i ¯yda;
W mie¶cie (gród, ziemstwo trzyma³o albowiem
Stare zamczysko, pustoty ohyda)
By³o trzy karczmy, bram cztery u³omki,
Klasztorów dziewiêæ i gdzieniegdzie domki.

W tej zawo³anej ziemiañskiej stolicy
Wielebne g³upstwo od wieków siedzia³o;
Pod staro¿ytnej schronieniem ¶wi±tnicy
Prawych czcicielów swoich utucza³o.
Zbiega³ siê wierny lud; a w okolicy
Wszystko odg³osem uwielbienia brzmia³o.
¦wiêta prostoto! ach, któ¿ ciê wychwali!
Wiekuj szczê¶liwie!... ale mówmy dalej.

Bajki pisali o dawnym Saturnie
Ci, co za niego tworzyli wiek z³oty.
Szczê¶liwszy przeor jad±cy poczwórnie,
Szczê¶liwszy lektor mistycznej roboty,
Szczê¶liwszy ojciec, po trzecim nokturnie
W puchu topi±cy chórowe zgryzoty;
Szczê¶liwszy z braci, gdy kaganek zgasn±³,
Co w s³odkim miodu wytrawieniu zasn±³.

W tym by³o stanie rozkoszne siedlisko
¦wiêtych pró¿niaków. Ach, losie zdradliwy!
Ty, co z niewczesnych odmian masz igrzysko
I nieszczê¶æ ludzkich jeste¶ tylko chciwy,
Masz ¶wiat, dziwactwa twego widowisko.
Jêczy pod ciê¿kim jarzmem cz³ek cnotliwy.
Mniejsza, ¿e¶ pañstwa, trony, ber³a skruszy³:
Bêdziesz tak ¶mia³ym, ¿eby¶ kaptur ruszy³?

Ju¿ by³y przesz³y owe s³awne wojny,
Którym siê niegdy¶ ¶wiat zdumia³y dziwi³.
Ju¿ seraficzny zakon by³ spokojny,
Ju¿ Karmelowi nikt siê nie przeciwi³;
Ju¿ kaznodziejskie wzrok mniej bogobojny
Oka na kaptur spiczasty nie krzywi³;
Dawnych niechêci mg³ê roznios³y wiatry,
Szczê¶liwe by³y nawet bonifratry.

Ta, która nasze pado³y przebiega
I samym tylko nieszczê¶ciem siê pasie,
Jêdza niezgody, co Parysa-zbiega
Znalaz³a niegdy¶ na górnym Idasie,
S³odki raj mnichów gdy w locie postrzega,
Jêknê³a w z³o¶ci i zatrzyma³a siê;
Widz±c fortunny los spokojnych mê¿ów
¦wisnê³y ¿±d³a naje¿onych wê¿ów.

Wstrzês³a pochodni±, natychmiast siarczyste
Iskry na dachy i wie¿e wypad³y;
Wskró¶ przebijaj± gmachy roz³o¿yste,
Ju¿ siê w zak±ty najcia¶niejsze wkrad³y:
A gdzie milczenia bywa³y wieczyste,
Wszczyna siê rozruch i odg³os zajad³y.
Ra¿± umys³y ¿±dze rozjuszone,
Budz± siê mnichy, letargiem u¶pione.

Wtenczas, nie mog±c znie¶æ tego rozruchu,
Ojciec Hilary obudziæ siê raczy³.
Wtenczas ksi±dz przeor, porwawszy siê z puchu,
Pierwszy raz w ¿yciu jutrzenkê obaczy³.
Kl±³ ojciec doktor czu³o¶æ swego s³uchu,
Wsta³ i widokiem swym ojców uraczy³
I co siê rzadko w zgromadzeniu zdarza,
Pêdem niezwyk³ym wpad³ do refektarza.

Na taki widok zbieg³e braci trzody
Pod rzêdem kuflów garncowych uklêk³y:
Biegli ojcowie za mistrzem w zawody;
Ten, strachem zdjêty i srodze przelêk³y,
Wprzód otar³ z potu miêsiste jagody
Siad³, ³awy pod nim dubeltowe jêk³y,
Siad³, strz±sn±³ myck±, kaptura poprawi³
I tak wspania³e wyroki objawi³:

"Bracia najmilsi! Ach, có¿ siê to dzieje?
Có¿ to za rozruch u nas nies³ychany?
Czy do piwnicy wkradli siê z³odzieje?
Czy wysch³y kufle, g±siory i dzbany?
Mówcie!... Cokolwiek b±d¼, srodze bolejê;
Trzeba wam pokój wróciæ po¿±dany..."
Wtem siê zakrztusi³, jêkn±³, ³zami zala³;
Przeor tymczasem pe³ny kubek nala³.

Ju¿ siê dobywa³ na perorê now±
Doktor, gdy postrzeg³ likwor prze¼roczysty.
Wódka to by³a, co j± zw± kminkow±,
Przy niej toruñski piernik poz³ocisty,
Sucharki mas± oblane cukrow±,
Dar przeoryszy niegdy¶ uroczysty.
Zachêca przeor, w urzêdzie chwalebny:
"Racz siê posiliæ, ojcze przewielebny!"

O rzadki darze przedziwnej wymowy,
Któ¿ ci siê oprzeæ, któ¿ sprzeciwiæ zdo³a?
Tak ³agodnymi zniewolony s³owy,
Wzi±³ doktor kubek w pocie swego czo³a,
£ykn±³ dla zdrowia posi³ek gotowy;
Lecz ¿eby jeszcze my¶l przysz³a weso³a,
W ¶wiêtym orszaku, w gronie mi³ych dzieci
Raczy³ siê napiæ raz drugi i trzeci.

Jako po smutnej chwili, która mroczy,
W pierwszym ¶witaniu rumieni± siê zorze,
Uwiêd³e zió³ka wdziêczna rosa moczy
I rze¼wi kwiatki w tak przyjemnej porze,
Wyiskrzy³y siê przewielebne oczy
Po s³odko-dzielnym wódczanym likworze.
Odkrz±kn±³ ¿wawo, niby siê u¶miechn±³,
Przymru¿y³ oczy, nad±³ siê i kichn±³.

Na takie has³o ojcowie, co rzêdem
Wed³ug godno¶ci i starszeñstwa stali,
Najprzyzwoitszym poruszeni wzglêdem,
"Wiwat!" chórowym tonem zawo³ali.
Ojciec Honorat, najbli¿szy urzêdem,
Którego bracia wielce szanowali,
Niegdy¶ promotor s³awny ró¿añcowy,
Tymi najpierwszy aplaudowa³ s³owy:

"Pisze Chryzyppus o Alfonsie krolu,
Kiedy prowadzi³ wojnê z Baktryjany,
I¿ wpo¶ród bitwy na licejskim polu
Od wojska swego bêd±c odbie¿any,
Stan±³, a wody czerpn±wszy z Paktolu,
Tak siê orze¼wi³, i¿ zgnêbi³ pogany.
St±d posz³o lemma na marmurze ryte
>>Pereat umbra!<< Lemma znamienite.

Wiem, bom to czyta³ w uczonym Tostacie,
Po ciemnej nocy ¿e jasny dzieñ wschodzi.
Na godnym kiedy cnota majestacie
Siêdzie, o szczê¶ciu w±tpiæ siê nie godzi.
Czego¿ siê, mili bracia, obawiacie?
Z nami jest ojciec doktor i dobrodziéj.
Da³ szczêsne has³o, orze¼wi³ swym wzrokiem;
Cieszmy siê pewnym Fortuny wyrokiem".

Skoñczy³; natychmiast, skosztowawszy trunku,
Ojciec Gaudenty z rzêdu siê wytoczy³,
A znie¶æ nie mog±c srogiego frasunku,
Na pó³ drzemi±ce oczy ³zami zmoczy³,
Rzek³: "Okoliczno¶æ z³ego jest gatunku,
Nie chcê ja, ¿ebym podchlebstwem wykroczy³;
Rozruch dzisiejszy smutne wie¶ci g³osi;
Wiem ja, ojcowie, na co siê zanosi.

Zazdro¶æ od wieków na nas siê oburza.
Zgnêbiæ niewinnych pragnie w tych krainach.
Ju¿ jad z pok±tnych kryjówek wynurza,
Chce siê sadowiæ na naszych ruinach.
Od gór Karmelu niebo siê zachmurza.
Równa zajad³o¶æ w Augustyna synach;
I tym, co z cicha dzia³aj±, nie wierzmy:
Póki¶my w si³ach, na wszystkich uderzmy".

Ojciec Pankracy, Nestor ró¿añcowy,
Co trzykroæ braci i siostry odnowi³,
Nim pu¶ci³ strumieñ ³agodnej wymowy,
Najprzód starszyznê i braci pozdrowi³:
S³odkimi serca zniewalaj±c s³owy,
Miêkczy³ umys³y a nadzieje wznowi³.
"Wierzcie - rzek³ - bracia, zgrzybia³ej siwi¼nie:
Rzadko siê p³ocho¶æ z ust starych wy¶li¼nie.

Od tylu czasów siedz±c na urzêdzie,
Znam, co s± ludzie, wiem, co s± zakony.
Wkrada siê zazdro¶æ, wkrada niechêæ wszêdzie;
I ¶wiêty kaptur, chocia¿ uwielbiony,
Nigdy tak mocnym, tak dzielnym nie bêdzie,
¯eby cz³ek pod nim by³ ubezpieczony.
Choæ w zacno¶æ, m±dro¶æ ka¿dy z was zamo¿ny,
Niech bêdzie czu³y , niech bêdzie ostro¿ny.

O mili bracia, gdyby¶cie wiedzieli,
Jakie to by³y niegdy¶ wasze przodki!
Inaczej wtenczas ni¿ teraz my¶leli,
Insze sposoby by³y, insze ¶rodki.
Lepiej siê dzia³o, byli¶my weseli;
Teraz, nieczu³e i gnu¶ne wyrodki,
Albo zbyt trwo¿ni, albo zbyt zuchwali,
Nie wa¿ym rzeczy na roztropnej szali.

Moja wiêc rada: wyzwaæ na dysputê
Tych, co siê nad nas gwa³townie wynosz±.
Niech znaj± bronie jeszcze nie zepsute,
Niechaj lito¶ci, zwyciê¿eni, prosz±;
A za najsro¿sz± hardo¶ci pokutê
Niech oni sami nasze laury g³osz±.
Wyjdziemy s³awni z nies³usznej potwarzy,
Zgnêbim potwarców... tak robili starzy".

Rzek³; i natychmiast doktor siê obudzi³,
Przeor odeckn±³, lektor przetar³ oczy;
Makary, co siê s³uchaniem utrudzi³,
Wymkn±³ siê cicho i ku celi toczy.
Ojciec Ildefons, co równie siê znudzi³,
Brykn±³ jak rze¶ki rumak na poboczy.
Morfeusz, patrz±c na dzieci kochane,
Sia³ s³odkie spania i sny po¿±dane.


PIE¦Ñ II

Ju¿ wschodz±cego s³oñca pierwsze zorze
Opowiada³y wrzaskliwe grzegotki
Ju¿ siê krz±tali bracia po klasztorze,
Ju¿ ko³o furty stêka³y dewotki,
Ju¿ ojciec Rajmund w pierwiastkowej porze
Wychodzi³ s³uchaæ ¶wi±tobliwe plotki,
Gdy my¶l±c (kto wie, czy o Panu Bogu)
Zgubi³ pantofel i upad³ na progu.

Skoczy³ na odwrót, a jako uczony,
Fataln± wró¿kê w tej przygodzie znaczy;
Wtem siê ko¶cielne odezwa³y dzwony,
Jêk smutny nowe nieszczê¶cia t³umaczy.
Ledwo odetchn±æ mo¿e, przestraszony,
Czuje, co straci³... a w takiej rozpaczy,
Gdy nie wie, czy spaæ, czy wyni¶æ, czy siedzieæ,
S±siad uprzejmy raczy³ go nawiedzieæ.

Ojciec to Rafa³ od Bo¿ego Cia³a,
Rafa³, towarzysz niewinnych rado¶ci;
Równego góra Karmelu nie mia³a
W rubasznych wdziêkach, ho¿ej uprzejmo¶ci.
Ten, skoro postrzeg³, jak siê wydawa³a
Twarz przyjaciela, w zbytniej troskliwo¶ci
Cieszy go najprzód w tak okropnej doli,
Dalej o¶miela pytaæ, co go boli.

"Wiesz, przyjacielu - rzecze Rajmund trwo¿ny-
Jako krok pierwszy reszt± dzie³a w³ada.
Wyszed³em rano z izby nieostro¿ny,
Zaraz siê w progu zjawi³a zawada.
Z³y to dzieñ! bêdzie w nieszczê¶cia zamo¿ny.
Tak los chcia³, nic tu roztropno¶æ nie nada.
Trudno przeciwne kazusy odegnaæ
Trzeba siê z furt± kochan± po¿egnaæ".

Rzek³ i zap³aka³. Wtem brat Kanty leci:
"Panna Dorota do furty zaprasza".
Nic nie rzek³ Rajmund. Pose³ drugi, trzeci,
Jeden go ³aje, a drugi przeprasza.
"Porzuæ te wró¿ki, straszyd³a dla dzieci-
Rzek³ Rafa³ - prosi przyjació³ka nasza.
Zwyciê¿ tê s³abo¶æ odwag± wspania³±,
¦mia³ym siê zaw¿dy najlepiej uda³o".

Porwa³ siê Rajmund; lecz jak gro¼ne wa³y
Nadbrze¿na ska³a nazad w morze wpycha,
Stan±³ u proga na po³y zmartwia³y,
Sili siê wyni¶æ, jêczy, p³acze, wzdycha.
O¶miela Rafa³, mówca doskona³y,
Lecz darmo cieszy, darmo siê u¶miecha;
Widz±c na koniec bez skutku perory,
Zwo³ywa starszych i definitory.

Wchodzi Elijasz od ¶wiêtej Barbary,
Marek od ¶wiêtej Trójcy z nim siê mie¶ci,
Jan od ¶wiêtego Piotra z Alkantary,
Hermenegildus od Siedmiu Bole¶ci,
Rafa³ od Piotra, Piotr od ¶wiêtej Klary:
Zesz³o siê ojców wiêcej ni¿ trzydzie¶ci.
Starzy i m³odzi, rumiani, wybledli,
Wszyscy swe miejsca porz±dkiem zasiedli

Ju¿ ojciec przeor kaczkowatym g³osem,
Wprzód odkrz±kn±wszy, perorê zaczyna³,
Ju¿ ojciec Marek, siedz±cy ukosem,
Krêci³ szkaplerzem i za pas siê trzyma³;
Ju¿ ojciec B³a¿ej co¶ szepta³ pod nosem,
Ju¿ stary ojciec Elizeusz drzema³;
Ju¿ i niektórzy, znudzeni, odeszli,
Bia³okapturni gdy pos³owie weszli.

Pierwszy Gaudenty, ów Gaudenty s³awny,
Co wstêpnym bojem chcia³ losu probowaæ;
Skrytych fortelów nieprzyjaciel jawny,
¦wiadom swej mocy, nie lubi³ pró¿nowaæ;
A walecznymi dzie³ami zabawny,
Rêk±, nie piórem umia³ dokazowaæ:
Oko wynios³e i postaæ, i cera
Niezlêknionego by³y bohatera.

Hijacynt drugi, w wdziêcznej wieku porze,
Skromnie udatny, pokornie wspania³y,
U sióstr zakonnych pierwszy po doktorze:
Kszta³tny, wysmuk³y, ho¿y, okaza³y,
Posuwistymi kroki po klasztorze
P³yn±³; zefiry z kapturem igra³y;
Razem w¶ród rady obydwa stanêli
I tak poselstwo sprawowaæ zaczêli.

Najprzód Gaudenty pozdrowiwszy ¿wawo:
"Ojcowie - rzecze - czas pokazaæ ¶wiatu,
Kto ma z nas lepsze do nauki prawo,
Czyjego dzie³a zdatniejsze warsztatu.
Je¶li siê ksi±¿ek nudzicie zabaw±,
Je¶li¶cie szkole nie dali rozbratu,
Nam na zwyciêstwo, a wam za pokutê
Plac wyznaczamy... prosim na dysputê".

Trzykroæ odkaszln±³, u¶miechn±³ dwa razy
Piêkny Hijacynt, nim zacz±³ przemowê:
"Raczcie - rzek³ - s³uchaæ bez ¿adnej urazy,
Ojcowie mili, poselstwa osnowê.
Je¿eli pe³ni±c starszeñstwa rozkazy
Znajdê umys³y do wzglêdów gotowe,
Szczê¶liwym nadto, najszczê¶liwszy z wielu,
¯em znalaz³ ³askê w przezacnym Karmelu.

Zakon nasz jako zbawiennej och³ody
Szacunku waszej wielebno¶ci szuka,
A chc±c daæ swoich prac jawne dowody
I w jakiej cenie u niego nauka,
Wyznacza bitwy plac na ³onie zgody.
Kto zwierzchnie s±dzi, pewnie siê oszuka.
Nie z³o¶æ, nie zemsta te nam chêci zdarza
Równego dzielno¶æ pragnie adwersarza".

Skoñczy³. Natychmiast filozofskiej szko³y
Wyborne punkta do obrania daje.
Na takie has³o niewdziêcznej mozo³y
Rozruch siê wzmaga, mruczenie powstaje.
Gaudenty na to, walecznie weso³y,
Strzela oczyma, gdy usty nie ³aje.
Wtem ojciec przeor, co najwy¿ej siedzia³,
Tak na poselstwo obu odpowiedzia³:

"Przyjmujem chêtnie uczone wyzwanie.
Stawim siê w miejscu, które mianujecie;
Jeszcze nam si³y na tê wojnê stanie,
Jeszcze broñ dobra, której spróbujecie:
Hardym w przegranej bêdzie ukaranie,
Bêdzie pokuta, kiedy tego chcecie.
Nie zna zazdro¶ci, kto przesta³ na swoim;
Podchlebstw nie chcemy, a gró¼b siê nie boim"

Chcia³ ju¿ Gaudenty ukaraæ tê ¶mia³o¶æ,
Ju¿ siê zamierza³, lecz go kompan wstrzyma³;
A miêkcz±c srog± umys³u zuchwa³o¶æ,
Gdy postrzeg³, ¿e siê coraz bardziej z¿yma³,
¯eby utrzymaæ poselstwa wspania³o¶æ,
Wypchn±³ go za drzwi, a sam siê zatrzyma³.
Gniewliwych ojców pozdrowiwszy wdziêcznie,
Wymkn±³ siê z cicha, dopad³ furty zrêcznie.

Nowa przyczyna w Karmelu do rady
Ojciec Makary nie ¿yczy wojowaæ,
Ojciec Cherubin cytuje przyk³ady,
Ojciec Serafin chce losu próbowaæ,
Ojciec Pafnucy wysy³a na zwiady,
Ojciec Zefiryn nie chce i wotowaæ,
Ojciec Elijasz wielbi stan spokojny:
Starzy siê boj±, a m³odzi chc± wojny.

Za z³ym zwyczajnie idzie wiêkszo¶æ g³osów
Kreski wojenne z nag³a powiêkszone.
Wszyscy niepewnych chc± próbowaæ losów
I na powszechn± gotuj± obronê.
Starych uwagi zg³uszy³ wrzask m³okosów,
Nie s³ysz± dzwonów na sekstê i nonê.
Wtem brat Kleofasz na obiad zadzwoni³:
Wypadli wszyscy, jakby ich kto goni³.

PIE¦Ñ III

¯e dobrze my¶leæ o chlebie i wodzie,
Bajali niegdy¶ mêdrcy zapalczywi.
Wierzy³ ¶wiat bajkom, lecz m±dry po szkodzie,
Teraz siê b³êdom poznanym przeciwi.
Ju¿ wstrzemiê¼liwo¶æ nie jest teraz w modzie,
Pij±, jak drudzy, mêdrcowie prawdziwi.
Miód dobrym my¶lom ¿ywo¶ci udziela,
Wino strapione serce rozwesela.

Da³y to poznaæ ojcy przewielebne,
Skoro jak mogli, wyszli z refektarza;
Wstêpuj±c w ¶lady swych przodków chwalebne,
Pe³ni rado¶ci, któr± trunek zdarza,
Znowu na radê poszli; tam potrzebne
Sposoby, ¶rodki gdy ka¿dy powtarza,
Ojciec Gerwazy od Zielonych ¦wi±tek
Taki radzenia uczyni³ pocz±tek:

"Nie do¶æ, ojcowie, naje¶æ siê i napiæ.
Trzeba tu jeszcze co¶ wiêcej dokazaæ.
Kto wie? w dyspucie mo¿em siê poszkapiæ.
Ja radzê, ¿eby tê niezgodê zmazaæ,
Trzeba siê wcze¶nie a dobrze pokwapiæ.
Niech z nami pij± - a wtenczas ukazaæ
Potrafim ¶wiatu, o ich w³asnej szkodzie,
Co mo¿e dzielno¶æ w najwiêkszej przygodzie"

"Daj pokój, bracie - rzek³ ojciec Hilary-
Nie zaczepiajmy rycerzów zbyt s³awnych,
Wierz do¶wiadczeniu, wierz, co mówi stary:
Widzia³em nieraz w tej pracy zabawnych,
Zbyt to s± mocne kuflowe filary,
Nie zdo³asz wzruszyæ gmachów starodawnych.
Znam ja ich dobrze, zna ich brat Antoni:
Pijem my nie¼le, ale lepiej oni".

Ju¿ dziewiêæ g³osów by³o w ró¿nym zdaniu,
Gdy kolej przysz³a na Elizeusza:
"¯eby dogodziæ waszemu ¿±daniu-
Rzek³ - sprawiedliwa ¿arliwo¶æ mnie wzrusza.
Za nic ju¿ kufle, w ksiêgach i czytaniu
Ca³a tre¶æ rzeczy. ¯al mówiæ przymusza:
Minê³y czasy szczê¶liwej prostoty,
Trzeba siê uczyæ, up³yn±³ wiek z³oty!

Z góry z³y przyk³ad idzie w ka¿dej stronie,
Z góry naszego nieszczê¶cia przyczyna
O ty, na polskim co osiad³szy tronie,
Wzgardzi³e¶ miodem i nie lubisz wina!
Cierpisz, pijañstwo ¿e w ostatnim zgonie
Z ciebie gust ksi±¿ek, a piwnic ruina.
Ty¶ naród z kuflów, szklenic, beczek z³upi³;
Bodaje¶ w ¿yciu nigdy siê nie upi³!

Trzeba siê uczyæ. Wiem z dawnej powie¶ci,
¯e tu w klasztorze jest biblijoteka;
Gdzie¶ tam pod strychem podobno siê mie¶ci
I dawno swego otworzenia czeka.
By³ tam brat Alfons lat temu trzydzie¶ci
I z starych ksi±¿ek poobdziera³ wieka.
Kto wie? mo¿e siê co znajdzie do rzeczy
I s³aby orê¿ czasem ubezpieczy".

Rzek³; a gdy ¿aden nie wie, gdzie s± ksiêgi,
Na ich szukanie wyznaczaj± pos³y.
¯aden siê podj±æ nie chce tej w³óczêgi,
A uczonymi wzgardziwszy rzemios³y,
Wolna starszyzna od przykrej mitrêgi
Wk³ada ten ciê¿ar na domowe os³y:
"Bracia kochani, wam to los nadarza !
Pos³ano w zwiady z krawcem aptekarza.

Miêdzy dzwonnic± a furcianym gmachem,
Na staro¿ytnej baszty rozwalinach,
Laty spróchnia³y, wisz±cy nad dachem,
By³ stary lamus; ten w tylu ruinach
Nabawia³ nieraz przechodz±cych strachem,
Chwiej±c siê z wiatry w s³abych podwalinach.
Tam, choæ upadkiem grozi³ szczyt wynios³y,
Po zgni³ych krokwiach dosta³y siê pos³y.

Czego¿ nie dopnie animusz wspania³y!
Przy po¿±danej mecie ich postawi³.
Drzwi okowane pos³ów zatrzyma³y;
Wiêc ¿eby d³ugo ¿aden siê nie bawi³,
Porw± za klamry: pêk³ zamek spróchnia³y,
Widok siê wdziêczny natychmiast objawi³.
Wracaj±, pracy nie podj±wszy marnie,
Daj±c znaæ wszystkim, ¿e maj± ksiêgarniê.

W³a¶nie natenczas ojciec przeor trwo¿ny
Dla dobrej my¶li resztê kufla dusi³.
Wchodzi w tym punkcie goniec nieostro¿ny:
Porwa³ siê ojciec i z nag³a zakrztusi³.
Ju¿ chcia³ ukaraæ, lecz jako pobo¿ny
Wypiæ za karê, co by³o, przymusi³.
Zagrzany duchem pokory chwalebnym,
Wypi³ brat resztê po ojcu wielebnym.

Wdziêczna mi³o¶ci kochanej szklenice!
Czuje ciê ka¿dy, i s³aby, i zdrowy;
Dla ciebie mi³e s± ciemne piwnice,
Dla ciebie zno¶na duszno¶æ i ból g³owy,
S³odzisz frasunki, u¶mierzasz têsknice.
W tobie pociecha, w tobie zysk gotowy.
Byle ciê mo¿na znale¼æ, byle kupiæ,
Nie ¿al skosztowaæ, nie ¿al siê i upiæ!

Co tam znale¼li, ukry³ czas zazdrosny,
Czas, który niszczy nietrwa³e dostatki.
Mówmy wiêc teraz, jak doktor ¿a³osny
Poszed³ na radê do wielebnej matki.
Co wskóra³, dobra zakonu mi³osny,
I to czas zakry³. Wiêc dziejów ostatki,
Gdy ka¿e umys³ natchnieniu pos³uszny,
Piszmy, jak mo¿em, na po¿ytek duszny

Piszmy, jak doktor, wróciwszy od kraty;
Zwo³a³ najpierwsze g³owy zgromadzenia;
Jak wierne swemu powo³aniu braty
Byli pos³uszni na jego skinienia;
Jako siê wszystkie zamknê³y komnaty,
Jako siê postaæ klasztorna odmienia:
Usta³ brzêk kuflów i rado¶æ obfita,
Nawet Gaudenty w rubryceli czyta.

Tak kiedy Jowisz poprzedniczym grzmotem
I ra¿±cymi strza³y ¶wiat uciska,
Trzêsie siê Atlas okropnym ³oskotem,
Jêcz± pieczary, a Etny ³o¿yska
Pe³ne cyklopów; pod hartownym m³otem
Grom siê roz¿arza i iskrami pryska,
Wulkan je nagli, a z swego warsztatu
Raz wraz pociskiem strasznym grozi ¶wiatu.

O miejsce niegdy¶ szczê¶liwe prostot±!
Jaka¿ fatalno¶æ z gruntu ciê odmienia?
Ksi±¿ki nieszczêsne, wasz± zjad³± cnot±
(Zamiast s³odkiego z pracy odpocznienia),
P³ochej dysputy z³udzeni ochot±,
Dwa przewielebne cierpi± zgromadzenia!
Przemog³a zazdro¶æ, zemsta duch spokojny
Bracia pokoju bior± siê do wojny.

PIE¦Ñ IV

O ty, którego ¿aden nie zrozumia³,
Gdy w twoich pismach b³±ka³ siê jak w lesie.
O ty, nad którym nieraz siê ¶wiat zdumia³
I dot±d s³awi, wielbi, dziwuje siê!
O ty, co¶ g³owy pozawracaæ umia³,
B±d¼ pozdrowiony, Arystotelesie!
Bo¿ku ³bów twardych i pró¿nej mozo³y,
Witaj, ozdobo starodawnej szko³y!

Osie³ w lwiej skórze nieostro¿nych zwodzi³.
Czêsto niezgrabny p³ód, choæ matka ho¿a,
Nieraz cedr s³ab± latoro¶l urodzi³,
Nieraz siê zakrad³ k±kol wpo¶ród zbo¿a.
Nie twoja wina, ¿e¶ g³upich nap³odzi³:
S± to potomki nieprawego ³o¿a.
Je¶li siê ¶miejesz patrz±c na te fraszki,
Rzuæ jeszcze okiem dla nowej igraszki.

Schodz± siê mêdrce i bieli, i szarzy,
Czarni, kafowi, w trzewikach i bosi,
Rumiana dzielno¶æ b³yszczy siê na twarzy,
Tuman m±dro¶ci nad ³bami unosi,
Zazdro¶æ i pycha zjad³e oczy ¿arzy.
Jeden siê tylko zakon nie wynosi.
Pokorê ¶wiêt± zachowuj±c wszêdzie,
Siedli przy koñcu, jednak¿e nie w rzêdzie.

Mniema³ Cyneasz królów w majestacie,
Kiedy na rzymskie patrza³ senatory.
Twój to jest obraz, zacny jubilacie,
Wasz, baka³arze, regenty, lektory,
I wy, co pierwsze miejsca osiadacie,
Prowincyja³y i definitory.
Znaæ z twarz powagê: jak Tatry przed burz±,
S³aw± zagrzane ³ysiny siê kurz±.

Powstali wszyscy, póki nie usiêdzie
Pan wicesgerent, mecenas dysputy.
S³awny to mêdrzec i pilny w urzêdzie:
Wzi±³ kuni± szubê i czerwone buty.
Dalej ksi±dz proboszcz w rysiej rewerendzie
Dalej ojcowie, co czyni± zarzuty.
Defendens zatem; uchyliwszy g³owê,
Do mecenasa tak zacz±³ przemowê:

"Na p³ytkim gruncie rozbuja³ych fluktów
Korab m±dro¶ci chwieje siê i wznosi,
A pe³en szczepu wybornego fruktów,
Niewys³awion± korzy¶æ kiedy nosi,
Twoich, przezacny mê¿u, akweduktów
¯±da; a pewien, ¿e wzglêdy uprosi,
P³ynie pod wielkim has³em, g³osz±c ¶wiatu,
¯e¶ ty jest per³± konchy Perypatu.

S³oñce, co ¶wiat³o¶æ znik³± wydobywa,
Planety, które roczne chwile dziel±,
Ksiê¿yc, co równie wzrasta i ubywa,
Gwiazdy, co nocn± posêpno¶æ wesel± -
Wszystko to w sobie zawiera Leliwa
I dom, szacown± wsparty parentel±
Ostrogskich ksi±¿±t, piñczowskich margrabiów,
Górków, Tarnowskich i Krasickich hrabiów.

Milczcie, Burbony, lub w koncentach nowych
G³o¶cie szczê¶liwo¶æ sarmackiej krainy,
I wy, potomki synów Jagie³³owych,
I wy, auzoñskie Gwelfy, Gibeliny,
Zno¶cie wielbienia, a w pieniach gotowych
Dzi¶ uwielbiajcie heroiczne czyny.
Niechaj najdalsza potomno¶æ pamiêta
Wielko¶æ dzie³, nauk, cnót wicesgerenta!

Niechaj siê Zoil od zazdro¶ci puka,
Niechaj siê Syrty i Charybdy krusz±,
Niechaj i Paktol nowych ¼róde³ szuka,
Niech siê Olimpy i Parnasy wzrusz±!
W tobie firmament znajduje nauka,
Ty¶ kraju zaszczyt; ty¶ ojczyzny dusz±.
Przenios³e¶ w dzie³ach sfinksy i feniksy,
W s³awie Euryppy, Bucentaury. Dixi".

Powszechne zatem nasta³o milczenie.
Przerwa³ go ojciec £ukasz od Trzech Krolów,
A nie rozwodz±c siê w s³owach uczenie
Ani cytuj±c Szkotów i Bartolów,
Zaraz od rzeczy zacz±³ swe mówienie,
Nie czerpa³ z ¼róde³ Hydaspów, Paktolów,
Lecz wzi±wszy stronê przeciwn± na oko
Nabi³ argument i strzeli³ z Baroko.

Gdyby nie puklerz Distinguo dwójrêczny,
Leg³by Defendens na pierwszym spotkaniu.
Nim siê zastawi³, a w ujêciu zrêczny,
Nie bawi±c d³ugo w reasumowaniu,
Strzeli³ na odwrót, pocisk niezbyt wdziêczny
Razi³; oppugnans w drugim nabijaniu
Odstrzeli³ zasiê z Celarent jak z kuszy,
Ale grot s³aby poszed³ mimo uszy.

Ocalon dwakroæ rycerz zaczepiony
Ju¿ siê na trzeci bój wstêpny zdobywa³,
Ju¿ jak z ciêciwy dzielnie natê¿onej
¦wie¿y grot tylko co nie wylatywa³-
Wtem krzyk ogromny wszcz±³ siê z drugiej strony.
Powszechnej bitwy gdy siê nie spodziewa³,
Wspoj¼rza³ na swoich: wtem tr±by i kot³y
St³umi³y odg³os i wrzawê przygniot³y.

Zdrêtwieli wszyscy na takowe has³o,
Ju¿ i mecenas z krzes³a siê by³ ruszy³.
Wtem natê¿ywszy figurê opas³±,
Gdy o dyspucie nikt dobrze nie tuszy³,
Dwóch jubilatów tak okrutnie wrzas³o,
¯e siê d¼wiêk tr±bów i kot³ów zag³uszy³.
Wezdrgn±³ siê doktor i zatrz±s³ gmach ca³y;
Echa okropny odg³os powtarza³y.

Upu¶ci³ kielich, który w rêku trzyma³
Pij±c za zdrowie wicesgerentowej
Piêkny Hijacynt, co siê w³a¶nie z¿yma³
I ju¿ zdobywa³ na komplement nowy.
Skoczy³ brat Czes³aw, lecz go nie utrzyma³;
Obla³o wino ¿u¿mant parterowy,
¯u¿mant - ozdoba dubieñskich kontraktów,
Zysk nie¶miertelny z fa³szowanych aktów.

Wtenczas gdy z³o¶ci± uwiedzione mnichy
Jêli siê nagle do uczonej broni,
Hijacynt, mi³y, ³agodny i cichy,
Porzuca bitwê i od wojny stroni.
S³odkie rozmowy przerywa³y ¶miechy;
Zegar zbyt prêdko bie¿y, prêdko dzwoni:
P³yn± szczê¶liwe w zaciszy momenta,
Wesó³ Hijacynt, dewotka kontenta.

Postaæ jej wdziêczna, oczy, choæ spuszczone,
Przecie¿ niekiedy b³yszcz± siê jaskrawie;
Choæ w ¶wiêtej mowie, akcenta pieszczone;
Kry³ siê subtelny kunszt w skromnej postawie.
Westchnienia, wolnym jêkiem przewleczone,
Umia³a mie¶ciæ w niewinnej zabawie,
Muszki z ró¿añcem, wachlarz przy gromnicy,
Przy Hipolicie - G³os synogarlicy.

Ju¿ przeszed³ rozdzia³ upiorów i strachów,
Dezyderosa i matki d'Agreda;
Ju¿ siê wytoczy³ dyskurs z miejskich gmachów
I okolicom ju¿ pokoju nie da;
¯arliwo¶æ, pe³na skutecznych zamachów,
Wojnê wystêpkom ludzkim wypowiada,
A gromi±c w innych grzechy nieostro¿nie,
Z cicha kaleczy, zabija pobo¿nie.

W tym ¶wiêtym dziele wrzask je nag³y zasta³,
Wrzask popêdliwy, okropny i srogi:
Po wdziêcznej chwili czas ponury nasta³;
Piêkny Hijacynt, pe³en trosk i trwogi,
S³ysz±c, ¿e odg³os coraz bardziej wzrasta³,
Porzuca wszystko, bierze siê do drogi.
Darmo dewotka i p³acze, i prosi,
Darmo brat Czes³aw butelkê przynosi.

Trzykroæ siê ku drzwiom alkierza potoczy³,
Trzykroæ go mi³a rêka zatrzyma³a;
Wyrwa³ siê wreszcie i przez próg przeskoczy³,
Pad³a dewotka i z ¿alu omdla³a.
(Brat Czes³aw flaszkê do kaptura wtroczy³)
I gdy siê wzrusza okolica ca³a,
Przez mostki, k³adki, bruki i rynsztoki
Pêdzi³, gdzie górne nios³y go wyroki.

PIE¦Ñ V

I ¶miech niekiedy mo¿e byæ nauk±,
Kiedy siê z przywar, nie z osób natrz±sa;
I ¿art dowcipn± przyprawiony sztuk±
Zbawienny, kiedy szczypie, a nie k±sa;
I krytyk zda siê, kiedy nie z przynuk±,
Bez ¿ó³ci ³aje, przystojnie siê d±sa.
Szanujmy m±drych, przyk³adnych, chwalebnych,
¦miejmy siê z g³upich, choæ i przewielebnych.

Wpada Hijacynt, nowa postaæ rzeczy!
Miejsce dysputy zasta³ placem wojny,
Jeden drugiego rani i kaleczy,
Wzi±³ w ³eb do razu nasz rycerz spokojny.
Widzi, ¿e skromno¶æ ju¿ nie ubezpieczy,
Wiêc, dzielny w mêstwie, w oddawaniu hojny,
Jak siê zawin±³ i z boku, i z góry,
Za jednym razem urwa³ dwa kaptury.

Lec± sanda³y i trepki, i pasy,
Wrzawa powszechna przeàa¿a i g³uszy.
Zdrêtwia³ Hijacynt na takie ha³asy,
Chcia³by unikn±æ bitwy z ca³ej duszy,
Wiêc przeklinaj±c nieszczê¶liwe czasy
Resztê kaptura nasadzi³ na uszy.
Ju¿ siê wymyka³... wtem kuflem od wina
Leg³ z s³awnej rêki ojca Zefiryna.

Rykn±³ Gaudenty jak lew rozjuszony,
Gdy Hijacynta na ziemi obaczy³;
Now± wiêc z³o¶ci± z nag³a zapalony,
¯adnemu z ojców, z braci nie przebaczy³
Pad³ i mecenas, z krzes³em wywrócony,
Definitora za kaptur zahaczy³,
£ukasz, raniony zwin±³ siê w trzy k³êby,
Straci³ Kleofasz ostatnie dwa zêby.

Coraz siê mno¿± i krzyki, i wrzaski,
Ha³as powstaje i wrzawa a¿ zgroza.
Ojciec Remigi, s±¿nisty, a p³aski,
U¿ywa ¿wawo zgrzebnego powroza;
Wzi±³ w ³eb Kapistran obrêczem od faski,
Dydak pó³garncem rani³ Symforoza,
Skacze Regalat do oczów jak ¿mija,
Longin siê z ro¿nem walecznie uwija.

Ju¿ by³ wyciska³ talerze i szklanki,
Pêk³y i kufle na ³bach hartowanych,
Porwa³ natychmiast ksiêgê zza firanki:
Wojsko afektów zurekrutowanych.
Ni± siê zak³ada, pêdzi poza szranki
Rycerzów d³ug± bitw± zmordowanych.
Tak niegdy¶ s³awny mocarz Palestyny
O¶l± paszczêk± gromi³ Filistyny.

Widzi to Rajmund, ozdoba Karmelu,
Widzi w tryumfie syna Dominika,
Wyje¿d¿a na harc i wpada, w¶ród wielu
Godnego siebie szukaæ przeciwnika.
Rafa³ z nim obok: "Ratuj, przyjacielu"-
Rzek³. Seraficzna w tym punkcie kronika
Pad³a nañ z góry; leg³ i rêk± kiwn±³,
Dwa razy jêkn±³, cztery razy ziewn±³.

Zap³aka³ Rafa³, a m±dry po szkodzie,
Wtenczas b³±d pozna³, ¿e wró¿kom nie wierzy³,
Dotrzyma³ jednak kroku na odwodzie,
A gdy Gaudenty na niego siê mierzy³,
Zmok³ym kropid³em w po¶wiêconej wodzie
Oczy mu zala³, trzonkiem w ³eb uderzy³.
Nie spodziewaj±c siê takowej wanny
Stan±³ Gaudenty, zmoczony i ranny.

Otrz±s³ siê wkrótce, a nabrawszy duchu,
W dwójnasób czyny heroiczne mno¿y³.
Ojcze Barnabo! lepiej by³o w puchu,
Po co¶ szed³ w wojnê, po co¶ siê ¼le z³o¿y³?
I ty, Pafnucy, leg³e¶ w tym rozruchu,
I ty, Gerwazy, s³usznie¶ siê zatrwo¿y³.
Nikt go nie wstrzyma w zem¶cie przedsiêwziêtéj
Na wasz± zgubê odetchn±³ Gaudenty.

Tak gdy z wierzcho³ka Alpów niebotycznych
Ma³y siê strumyk s±cz±c wydobêdzie,
Wzmaga siê coraz w spadaniach rozlicznych,
Ju¿ brzeg podrywa, ju¿ go s³ychaæ wszêdzie,
Echo szum mno¿y w ska³ach okolicznych,
Staje siê rzek±, a w gwa³townym pêdzie
Pieni siê, huczy i z¿yma w ba³wany,
Tym sro¿szy w biegu, im d³u¿ej wstrzymany.

Wojna powszechna! Jak zabie¿eæ z³emu,
W k±cie z proboszczem wicesgerent radz±,
A chc±c us³u¿yæ dobru powszechnemu,
Doktora tam¿e do siebie prowadz±.
Ka¿dy z nich daje zdanie po swojemu.
Pra³at, gdy postrzeg³, ¿e siê darmo wadz±,
Bior±c wzg³±bsz rzeczy przez swój wielki rozum,
Rozkaza³ przynie¶æ vitrum gloriosum..

Co niegdy¶ w Troi by³ pos±g Pallady,
Co w Rzymie wieczne westalskie ognisko,
Tym by³ ten puchar, czczony przez pradziady,
Staro¿ytno¶ci wdziêczne widowisko.
Wyjêto ze czci± z najpierwszej szuflady;
Przytomni zatem sk³onili siê nisko
I tê wieczystej za³ogê rozkoszy
W obydwie rêce wzi±³ ksi±dz podkustoszy.

Któ¿ ciê nad niego móg³ lepiej piastowaæ,
Zacny pucharze? kto nosiæ dostojnie?
On jeden z tob± umia³ dokazowaæ,
On godzien d¼wigaæ w pokoju i w wojnie.
Szli dalej, ¿eby ten skarb uszanowaæ,
Dzwonnik z szafarzem, ubrani przystojnie,
I Krzysztof trêbacz, co w post i Wielkanoc
Z ko¶cielnej wie¿y tr±bi³ na dobranoc.

Ju¿ siê zbli¿aj± ku miejscu strasznemu,
Gdzie siê zwa¶nione mnichy potykaj±.
Czyni± plac wszyscy dzbanu powa¿nemu,
Wszyscy ciekawie skutku wygl±daj±.
Mê¿ny nosiciel - jednak po staremu
My¶li trwo¿liwe pokoju nie daj±;
Umys³ wspania³y pod³ej trwodze przeczy,
Orze¼wia dobro pospolitej rzeczy.

Ju¿ s± u furty... ta stoi otworem...
Z³y znak! w tym punkcie z daleka postrzegli,
Jako mecenas, pra³at wraz z doktorem
Na przywitanie szybkim krokiem biegli
I ¿eby z zwyk³ym wprowadziæ honorem ,
Niektórych ojców i braci przestrzegli.
Wchodzi szczê¶liwie puchar miêdzy braty,
Do doktorowskiej zaniesion komnaty.

PIE¦Ñ VI

Ju¿ to ostatnia pie¶ñ, mili ojcowie,
Miejcie cierpliwo¶æ, czekajcie do koñca!
Je¶li czujecie niesmak w przykrej mowie,
Znalaz³ siê krytyk, znajdzie siê obroñca.
Po có¿ siê gniewaæ? Wszak astronomowie
Znale¼li plamy nawet wpo¶ród s³oñca.
W szyszaku, w czapce, w turbanie, w kapturze,
Wszyscy¶my jednej podlegli naturze.

Postawion puchar na miejscu osobnym;
Odkry³ go pra³at, aby by³ widziany.
Zadziwi³ oczy widokiem ozdobnym,
Szklni siê w nim kruszec srebrno-poz³acany
Wiele pomie¶ciæ trunku by³ sposobnym.
Miara oznacza: by³ to dzban nad dzbany!
Rze¼ba wyborna na górze, a z boku
Wyryte by³y cztery czê¶ci roku.

O wdziêczna wiosno, twoje tam zaszczyty
Kunszt cudny wyda³! Tu w p³ugu zziajane
Ustaj± wo³y, oracz pracowity
Nagli, ju¿ niwy na pó³ zaorane.
¦piewa pastuszek w ch³odniku ukryty,
Skacz± pasterki w wieñce przybierane.
Pêkaj± listki, krzewi± m³ode trawki,
Echo g³os niesie niewinnej zabawki.

Gospodarz z domu do wiernej czeladzi
Na ogl±danie roli swojej spieszy,
Ma³e wnuczêta za sob± prowadzi,
Widok go zbo¿a ju¿ zesz³ego cieszy.
Niesie posi³ek; czelad¼ siê gromadzi,
Porzuca brony, odbiega lemieszy.
Kmotry ¶piewaj±, skacz±, lud siê mno¿y;
Pleban weso³y uznaje dar bo¿y.

Ju¿ k³os dojrza³y ku ziemi siê zgina,
Ju¿ wypró¿nione s± gniazdeczka ptasze,
Lato swych darów u¿yczaæ zaczyna;
Parafijanie jad± na kiermasze.
Pije ksi±dz Wojciech do ksiêdza Marcina,
Pij± dzwonniki, Piotry i £ukasze;
Gromadzi odpust, wesel± jarmarki,
Skrzêtne po domach krêc± siê kucharki.

Jesieñ plon niesie, korzy¶ci zupe³ne,
Jesieñ rado¶ci pomna¿a przyczyny:
Sk³ada gospodarz owiec miêtk± we³nê,
T³oczy na zimê wyborne jarzyny,
Cieszy siê patrz±c, ¿e stodo³y pe³ne;
¦mieje siê pleban, kontent z dziesiêciny,
Co dzieñ odbiera nowiny pocieszne,
Co dzieñ rachuje wytyczne i meszne.

Mróz rolê ¶cisn±³, ¶nieg osiad³ na grzêdzie.
Zima posêpna przysz³a po jesieni;
Wrzaski po karczmach, rado¶æ s³ychaæ wszêdzie,
Trunek my¶l rze¼wi i twarze rumieni.
Idzie z wikarym pleban po kolêdzie,
¯aki ¶piewanie zaczynaj± w sieni.
Gospodarz z dzieæmi dobrodzieja wita;
Koñczy siê kuflem pobo¿na wizyta.

Wierzcho³ek dzbana przedziwnej roboty
Grono pra³atów w kapitule stawi³,
Ogromne barki kszta³ci³ ³añcuch z³oty,
Dalej wspania³± ucztê proboszcz sprawi³.
Znu¿onej trzodzie z przyk³adnej ochoty
Pulchnokarczysty pasterz b³ogos³awi³.
¦mieræ by³a na dnie, za ni± w ¶cis³ej parze
Obfite stypy i anniwersarze.

Pas± siê oczy wspania³ym widokiem,
Ju¿ zapomnieli o bitwie i radzie.
Wtem ojciec Kasper leci szybkim krokiem,
Oko podbite ¶wiadczy, ¿e by³ w zwadzie,
Doktor zwyczajnym tonem i wyrokiem
I¶æ z kuflem w bitwê za pierwszy punkt k³adzie
"Z pe³nym - rzek³ pra³at i tak rzecz wywodzi -
Puchar ich wstrzyma, lecz wino pogodzi".

W nag³ej potrzebie i sk±py uczynny:
Niesie brat Czes³aw, rumiany i t³usty,
Ogromne dzbany, ju¿ czuæ zapach winny
Wina, którego w post i miêsopusty
W swej celi tylko doktor miodop³ynny
Przewielebnymi sam popija³ usty;
Garniec wla³ w puchar Czes³aw, wla³ i stêkn±³;
Roz¶mia³ siê w duchu pra³at, doktor jêkn±³.

Id¼cie¿ szczê¶liwie, gdzie was s³awa niesie,
Pokoju, zgody i mi³o¶ci dzieci!
Id¼cie! w ciemno¶ciach niech blask uka¿e siê,
Chwa³a przed wami przodkuje i leci.
Tobie przeklêstwo, Arystotelesie!
Czy¿ ciê ta bitwa uczonym zaleci?
Có¿ ma za korzy¶æ, kto twój towar kupi?
Pró¿no¶æ nauka! najszczê¶liwsi g³upi.

Wchodz± ju¿ w same progi refektarza,
Sk±d Mars zajad³y Minerwê wypêdzi³;
Rajmund w tym czasie trzonkiem od lichtarza
Jeszcze siê broni³. Doktor pró¿no zrzêdzi³;
"Przestañcie bitwy!" - krzyczy i powtarza.
Wrzask wszystkich zg³uszy³, strach twarze wywêdzi³.
Jeszcze siê reszta krzepi bez orê¿a,
Gaudenty gromi, Gaudenty zwyciê¿a.

Stan±³, upu¶ci³ broñ, sk³oni³ siê nisko,
Skoro szacowny skarb w progu obaczy³.
Stanêli wszyscy na te widowisko,
A gdy siê puchar coraz zbli¿aæ raczy³,
Krzyknêli: "Zgoda!"... Tak wojny siedlisko
W punkcie dzban miejscem pokoju oznaczy³
Czarni i bieli, kafowi i szarzy,
Wszystko siê ³±czy, wszystko siê kojarzy.

Za czyje zdrowie pili w takiej porze?
Nie wiem; lecz gdybym znajdowa³ siê z nimi,
Pi³bym za twoje, szacowny przeorze.
Za twoje, który czyny chwalebnymi
Jeste¶ i mistrzem, i ojcem w klasztorze
I dajesz poznaæ przyk³ady twoimi,
Jak umys³ prawy zdro¿no¶ci unika.
Cnota, nie odzie¿ czyni zakonnika.

Czytaj i pozwól, niech czytaj± twoi,
Niech siê z nich ka¿dy niewinnie roz¶mieje.
¯aden nagany sobie nie przyswoi,
Nikt siê nie zgorszy, mam pewn± nadziejê.
Prawdziwa cnota krytyk siê nie boi,
Niechaj wystêpek jêczy i boleje.
Winien odwo³aæ, kto zmy¶la zuchwale:
Przeczytaj, os±d¼. Nie pochwalisz? - spalê.